poniedziałek, 15 października 2012

Magiczne Kuleczki [cz.3]


Niedzielny poranek. Stoję pod strumieniem gorącej wody, obserwując jak piana ścieka mi po szwach. Jeszcze dwa, tylko DWA dni i będzie można wyjąć ze mnie to całe dziadostwo, przez które nie mogę najnormalniej w świecie podrapać się po brzuchu.
Swędzi. Ponoć to dobrze. Nie wiem kto twierdzi, że swędzenie jest dobre, ale chyba nigdy nie był postawiony w sytuacji, gdy Prawdziwy Samiec nie ma możliwości podrapania się po własnym organizmie. Ze szczególnym uwzględnieniem atrybutów...
Wszędzie jakieś opuchlizny, wszędzie jakieś niteczki wystają spod skóry, do tego wszystko jakieś takie sine i obrzmiałe. Momentami zastanawiam się, czy aby nie zmarłem i tylko z przyzwyczajenia zdecydowałem się jeszcze trochę zostać na tym padole, by ZUS mógł ciągnąć ze mnie składki...

Gorąca woda przyjemnie obmywa moje cielsko. Wiem, że w kuchni na gazie cicho grzeje się woda, dane mi więc będzie za kilka minut napić się kawy. Wiem także, że Najwspanialsza-Z-Żon nadal leży okopana w pościeli, co gwarantuje kilkadziesiąt minut spokoju. Jedynie pies czeka, bym wyszedł z łazienki. Będzie mógł wtedy rozłożyć się obok swoim kwadratowym ryjem i niby przypadkiem uwali po chwili ten swój kalaf na moim podzierganym brzuchu.
Może to jakaś forma zemsty za to, że ostatnio jedliśmy żeberka i merdaty nie dostał ani kawałka kości?

Ten sielski obraz niedzielnego poranka burzy jedna świadomość. Dziś jest NIEDZIELA. A NIEDZIELA to dzień, w którym należy przyjąć czopek. W zasadzie to nawet nie wiem, czy można to coś nazwać czopkiem. Gdy zerkam na złowrogie pudełeczko leżące obok mnie i przypominam sobie jego zawartość, stają mi przed oczami sceny z filmy "W`Alibaba i czterdziestu rozchu...".. nieważne jaki tytuł. W każdym razie w finałowej scenie wielki Murzyn podszedł od tyłu do swojej ofiary w momencie, gdy ta schylała się po stokrotkę, a później... Pociąg wjeżdżający do tunelu, ubijanie masła, gigantyczny, czarny i śliski tłok posuwający się rytmicznie w maszynie parowej.. FUJ!

Zerkamy tak na siebie: ja na pudełko, pudełko na mnie. Dlaczego u licha czopka nie można np połknąć i popić mlekiem? Byłoby łatwiej...
Nie mam pojęcia, co kierowało lekarzem w momencie, gdy przepisywał mi to narzędzie analnego zniszczenia i upodlenia. Może jednak nie pamiętam wszystkiego, co działo się w okolicy narkozy? Może jednak fakt, że na stole przywiązywano mi ręce do łóżka (Co wyraźnie pamiętam!) nie wynikał z obawy o moje zdrowie, a była to forma zapobiegawcza w przypadku, gdybym znów zaczął robić coś, co niegodne jest cywilizowanego człowieka?
Cholera wie.
Pewne jest tylko jedno. Będę musiał udać się z czopkiem do WC, by po chwili zmierzyć się z drwiącym wzrokiem Najwspanialszej-Z-Żon, mówiącym: "i co, przyjemnie? lubisz to, świntuchu".

Sam nie wiem co gorsze: wpychanie sobie lekarstwa w oblicze, czy mierzenie się ze spojrzeniem "wiem co przed chwilą robiłeś"...

*****

Idąc do szpitala miałem nadzieję, że pobyt tam da mi wiele okazji do dokonania ciekawych obserwacji szpitalnego rozkładu dnia. Chciałem tam notować, obserwować, zbierać materiały na kolejne notatki przesycone wonią lizolu i tego czegoś, czym bezustannie odbekiwało się sympatycznemu staruszkowi z pokoju obok.

Jednak nie było sielsko. Ani śmiesznie. Było chujowo. Było strasznie i nieprzyjemnie. O ile jeszcze pierwszego dnia wydawać się mogło, że zaliczę kilka fajnych dni pod czułą opieką sympatycznych pielęgniarek, tak po zabiegu nastąpiło brutalne zderzenie się ze ścianą. Wtedy zrozumiałem, że choroba była prawdziwa, a jedyna skuteczna pomoc nie ma nic wspólnego z radosnymi notkami o cycatych pielęgniarach.

*****

Długo szukałem słów mogących opisać kompleks szpitalny. Zakładam na łeb słuchawki i do łba wlewa mi się ascetyczna Tocatta Bacha. Już wiem.

Wyobraź sobie park przerzedzony starością, jak łysinka pięćdziesięciolatka próbującego ratować się zaczeską. Wyobraź sobie ławki, na których ludzie siedzieli jeszcze w czasach, gdy w radiu można było słuchać informacji o Bierucie, w TV królowały Krecik, Bolek i Lolek, a wieczorem dziewoje wpatrywały się maślanym wzorkiem w telewizor, gdzie swą owłosioną klatę prezentował Borewicz.
Wyobraź sobie szpitalne korytarze z nieśmiertelną lamperią, reprodukacjami reprodukcji kopii reprodukcji jakiegoś kiczu w plastikowych ramach wiszącego na ścianach, pomyśl o skrzypiących gumowych kółkach na których toczyły się wózki z pożywnym i smacznym szpitalnym jedzeniem, wyobraź sobie klaustrofobiczne toalety, w których papier był luksusem, a wyślizgana setkami dup deska klozetowa mogła być narzędziem biologicznej zagłady, przy którym Jeźdźcy Apokalipsy to niegroźne jamniki.

Dostałem swoje łóżko, dostałem swoją szafkę, ściągnęli ze mnie hektolitry krwi, moczu, bez mała jeszcze potu i łez, by badać, analizować i sprawdzać, czy organizm mój godny będzie krojenia, ciachania i zszywania. Zaległem na swoim kawałeczku materaca wbijając wzrok w szpitalny sufit. Potworna cisza gniotła człeka niczym Tupolew rosyjską ziemię. Ktoś na korytarzu zakasłał. Ktoś kichnął.

Za oknem szpitalny park utrzymany w klimacie późnej Violetty Villas z domieszką wczesnego Bayer Full. Na łóżku obok sympatyczny jegomość, któremu wycięli coś, co było mu niepotrzebne. Po prawicy staruszek cieszący się, że już wkrótce zobaczy żonę. Pani Staruszkowa nie żyje od pół roku. Wyniki badań są jednoznaczne - niedługo się zobaczą. Wszystko to skąpane we wpadającym przez okno świetle zachodzącego słońca. Telewizor niby coś mówi, gdzieś radio niby coś pobąkuje, a ja skupiony nad kajetem notuję i skreślam kolejne pomysły i zadania.
Mam dużo zapisanych w notesie rzeczy do zrobienia. Nietaktem byłoby teraz umrzeć.

*****

Wieczór. Jestem głodny. Pierdolę, jutro mogę umrzeć, idę do bufetu coś zjeść. Niczym skazaniec wybierający ostatnią wieczerzę, sunę wzrokiem po bufetowym menu. Pierdolić system, jest fasolka po bretońsku. Nie zabraniali mi jeść czegokolwiek, a co nie jest zabronione - jest dozwolone. Wpieprzam fasolkę jak dzik kalafiory mając nadzieję, że zdążę się wypierdzieć przed operacją. W przeciwnym razie przy pierwszym nakłuciu, jutrzejszy zabieg może się zacząć naprawdę grubym pierdolnięciem. Oby tylko lekarz na sali nie miał podczas zabiegu peta w gębie - mogłoby dojść do epickiego JEB!

Mija kilkadziesiąt minut. Leżę z książką kontemplując radośnie przelewającą się w mych trzewiach fasolkę. Za oknem robi się ciemno. Przychodzi pielęgniarka i  z uśmiechem wręcza mi czopek. Wyjaśnia: to bym mógł się wypróżnić przed jutrzejszym zabiegiem.
Jak to?!?! Wydałem 8zł na porcję smakowitej fasolki i mam to teraz z siebie wyrzucić? Żebym wiedział, wlałbym ją od razu do sedesu, byłoby mniej cierpienia po drodze.

Aplikuję sobie to, czego aplikować sobie nie lubię. Na zegarze trzy minuty po pełnej godzinie. Mija dziesięć minut.
W tym momencie jestem całkowicie pewien, że do tej pory o kupce nie wiedziałem NIC! Poród ufoluda przez brzuch w "Obcym", a nawet nadziewanie na pal Azji w "Panu Wołodyjowskim" jest NICZYM w porównaniu z mocą wykonawczą małej, śliskiej pigułki, która spoczęła w moich trzewiach. Zionąc pod siebie bulgocącą lawą i iskrami niczym startujący prom kosmiczny rozumiem już sens znaczenia "ogień z dupy". Oby nigdy więcej.

*****

Po kilkunastu minutach chwiejąc się na nogach wychodzę z WC. Pot perli mi się na czole, galaretowate nogi ledwie utrzymują mnie w pionie. Teraz już wiem po co w WC są rurki przykręcane do ścian.

*****

Nadchodzi pierwsza noc spędzona w szpitalu. Dostaję kolejne lekarstwa. Wszystko po nich wydaje się jakieś bezsensowne i niewyraźne. Mroczniejsze. Niebieski blask kineskopu oświetla zapadnięte, blade twarze spoczywające na poduszkach. Za oknem wzmaga się wiatr, na korytarzu niczym odgłos potępieńczych łańcuchów, roznosi się brzęk kaczek i basenów niesionych przez pielęgniarki. Sapiący gardłowo staruszek sunąc kapciami po brudnozielonym gumolicie, kieruje się w sobie tylko znanym kierunku.
To będzie trudna noc.
Za oknem niebo rozświetlają pierwsze tej nocy błyskawice.
Przysypiam.

Przez sen słyszę, jak z ponurym chrobotem rdzewiejących kółek łóżka, pierwszy pacjent Jajciachowicza jest wieziony w kierunku sali operacyjnej. Gdzieś nieopodal uderza błyskawica. Po opuszczonych szpitalnych korytarzach przetacza się błysk odbijając się od lamperii niczym pingpong w pralce. Za chwilę dołącza do niego grzmot. Fiolki w szklanej gablotce drżą niespokojnie w rytmie grzmotu.
Wielka Pielęgniarka pcha powoli łóżko z półprzytomnym pacjentem. W pokojach pacjentów szemrzą szepty przerażonych kuracjuszy, obstawiających kto tym razem idzie pod nóż. Szpitalne korytarze po raz kolejny wypełnia oślepiający błysk, podkreślony ułamek sekundy później przez przepotężny grzmot. Na końcu korytarza są drzwi. Wielkie, stalowe, ze zmatowioną szybą do połowy. Za nimi w wielkiej sali wisi pod sufitem stara lampa rzucająca trupioblade światło na stół, obok którego leżą już przygotowane narzędzia o dziesiątkach ostrych ząbków.
Powietrze pachnie ozonem. Tym charakterystycznym zapachem towarzyszącym każdej letniej burzy. Dysząca gardłowo Wielka Pielęgniarka sunie z pacjentem w stronę drzwi. Za towarzysza mają swoje cienie, bezszelestnie płynące po odrapanych lamperiach.
Nagły podmuch wiatru otwiera okno naprzeciw drzwi czekających, by wchłonąć łóżko wraz z pacjentem. Rolety szarpią się przez moment na wietrze, po czym zamierają pod mroźnym spojrzeniem Wielkiej Pielęgniary. One też się boją. Przygasa na chwilę wątpliwe światło lejące się z lamp. Widocznie burza uderzyła gdzieś w transformator.
Mijają minuty. Drzwi zamknęły się za pacjentem i jego łóżkiem i pielęgniarką i wszystko wokół zamarło. To jest TA chwila.

Na sali operacyjnej Jajciachowicz stoi nad leżącym przed nim pacjentem. Wielka Pielęgniara przyczepia do chorego dziesiątki kabli, przewodów i drucików. Jajciachowicz powolnym ruchem przesuwa po wygolonym podbrzuszu pacjenta wacik nasączony cieczą o ceglastej barwie.
Na zewnątrz nieboskłon wykonuje przepotężny wdech, po czym wydaje z siebie monstrualny błysk rażący wszelkie istoty żywe. Błyskawica uderza w ziemię, miliony volt pędzą instalacjami, by spotkać się w sali operacyjnej i odtańczyć na spętanym kablami pacjencie pachnący ozonem Taniec Radosnych Elektronów. Prąd przechodzi przez Pacjenta naprężając każdy mięsień jego ciała. Jajciachowicz oświetlony od spodu rozpalonym ciałem chorego, wpatruje się szklanym wzrokiem w jego genitalia wznosząc krzyk w ciemną noc:
- powstań... powstań... POWSTAŃ!!!!

Prącie Pacjenta powoli drży, po czym zaczyna się nieśpiesznie unosić ku górze. Wielka Pielęgniara wpatruje się zauroczona w Jajciachowicza, kolejna błyskawica wysadza żarówki, zapada ciemność. Jajciachowicz oświetlany blaskiem bijących wokół piorunów stoi nad sterczącym prąciem pacjenta. Rozkładając ręce, wysuwa dumnie dolną szczękę ku przodowi, oznajmiając światu coraz to głośniej...

- it`s alive! IT`S ALIVE! IT`S ALIVE!!!!!

.................

Budzę się przerażony w szpitalnym łóżku. Za oknem blask poranka nieśmiało wypycha nocne mroki.
Dziś będą mnie kroić.

O kurwa.

6 komentarzy:

  1. ... no ale w końcu przeżyłeś tę operację czy nie... bo nie napisałeś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę Was trzymać w niepewności do końca ;P

      Usuń
  2. Coś jest w tym blogu co nie daje spokoju i mówi "wróć i czytaj!". Więc wracam posłusznie i czytam i dużo zdrowia życzę i do przeczytania :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale to powiekszyli Ci sprzeta czy nie - bo juz sie zagubilem :-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kiedy następny wpis, proszę szanownego Pana-Trzydziestolatka?????? Bo my tu, proszEM szanownego Pana, czekamy ;-D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń