wtorek, 19 lipca 2011

Czasami lubię lecieć na ryj.

Czasami lubię padać na ryj.
Gdy krew lejąca się już uszami sygnalizuje, że pora na dziś skończyć pracę.

Czasami lubię padać na ryj.
Gdy już pieprzy mi się Beethoven z Mozartem, a Wagner staje się już całkiem niezrozumiały.

Czasami lubię padać na ryj.
I resztką sił wygrzebać z zapomnienia płytę Wild Silk by przez chwilę zapieprzać nago po niezmierzonych łąkach pobłogosławionych wieczorną rosą.

I mam tylko do siebie trochę żalu, że dopiero gdy siada mi mózg i potrzebuję ratunku w muzyce, doceniam melodie tak cholernie dla mnie ważne, że każde ich zapomnienie jest równe zbezczeszczeniu.

Uwielbiam spływający mi po karku spokój, gdy w krwawiące z przemęczenia uszy wlewa się zielona trawa, gdy powietrze pachnie jak podmuch z otwartego okna ostatniej nocy wyjazdu kolonijnego, gdy wszystko to dzieje się w mojej głowie odseparowanej od świata słuchawkami i zasłoną powiek.

Czasami lubię padać na ryj.
Rozglądać się nie do końca przytomny, zastanawiając się, co to ja miałem jeszcze zrobić. Mając jednak jednocześnie świadomość, że to był dobrze wykorzystany dzień. Do ostatniej sekundy, do ostatniej kropli krwi.

Lubię wtedy wygrzebać coś, co wypieści mój mózg, położy go sobie na kolanach, pogłaszcze, zrobi mu owocowy okład i ochłodzi jogurtowymi lodami.

Czasami lubię padać na ryj.
...nawet, jeśli ze zmęczenia popierdoli mi się w półśnie wszystko co tylko może się popierdolić. Nawet jeśli przez to wszystko zapiję tabletki piwem.

1 komentarz:

  1. Zdecydowanie za rzadko tu piszesz :)

    OdpowiedzUsuń