piątek, 17 lipca 2015

Spust, maślanka i zombie-króliczek.

Niedziela.
Żar leje się z nieba. Siedzę przy krawędzi skały, patrząc w dół jak szpak w pizdę. Czuję kropelkę potu staczającą się po mojej skroni. Nie, to nie z gorąca. To z przerażenia.

Jak nie patrzeć - 30 cm od mojej prawej ręki kończy się skała. Tzn nie tyle kończy się, co skręca. Zmienia kształt z poziomego w pionowy. No i tak sobie leci i leci i leci w dół. Na samym dole dołu jest ziemia, do której powinienem dotrzeć w sposób jak najbardziej bezpieczny i kontrolowany. I najlepiej, żeby się jeszcze nie zesrać po drodze.

Patrzę na wijące się u mych stóp liny. No jak nie patrzeć, jest z 7 metrów luźnego druta, który skończy mi się na 2/3 wysokości ściany. Trzeba więc będzie dosupłać do tego w zwisie drugi kawałek sznura. No i jechać dalej na tym supłanym. I że niby ja mam zaufać temu, co usupłam. No chyba kurwa nie.
Żeby to jeszcze było w jaskini - to rozumiem. Tam jakoś problemów nie ma: mogę skakać, wiązać, wpinać, odpinać, ale tu? Toż to przecież otwarta przestrzeń pełna robactwa, ptactwa i podmuchów wiatru, które prawdopodobnie zerwą mi skórę z twarzy. A najpewniej oderwą mnie od ściany. I wezmę i spadnę i zginę i umrę.

No i tak siedzę i gapię się w dół wbijając pazury w skałę. Instruktor zagaduje przyjaźnie, próbując mnie jakoś zmotywować:
- no najtrudniejsze to przeżyć pierwsze przejście, później to już jakoś idzie.

Patrzę na kolesia wzrokiem, od którego od razu powinien dostać pypeć na języku i kurzajkę napletka. No kurwa, "najtrudniejsze to przeżyć pierwsze przejście", no "przeżyć", no słowo klucz! Geniusz, normalnie geniusz motywacyjny się znalazł, minął się z powołaniem!

Dobra, jak mam zginąć, to i tak zginę. Sprawdzam po raz pińćsetny sprzęt, przerzucam dupę przez krawędź i starając się maksymalnie zamknąć kanaliki łzowe wraz ze zwieraczem - puszczam się by uprząż mogła mnie wyłapać. Siu....

....i leeeeecę i leeeeeeeecę... i spaaaaadam w dół i się osuwam po ściaaaaaanie i migają mi przed oczami te ostre jak brzytwa krawędzie skały i te pająki z zakamarków zdziwione, że coś tak dużego leci, a ja spaaaaadam zsuwam się niekontrolowanie i DUP! Uprząż mnie wyłapała. Uffffff. Zerkam w górę: no jak nie patrzeć, leciałem jakieś dziesięć do dwunastu cm!!! Przecież to mogło skończyć się śmiercią!
...ale najważniejsze, że żyję. Poprawiam się w uprzęży, poprawiam też worki: lewy, prawy, trzeci... Trzeci!?!? A, no tak, jaja i ten na liny. Zerkam jeszcze raz w górę, odblokowuję rolki i powoli zaczynam jechać w stroną miejsca, gdzie mam założyć kolejne stanowisko...

*****

Tu miało być ideologiczne bicie piany w stylu "nie wiem, co mnie podkusiło" etc, ale wszyscy dobrze wiemy, że w kwestii dziur i dyndania najlepszym podsumowaniem jest klasyczne "lubisz to suko!". Tak jest! Lubię! Lubię plątać i srać ze strachu, lubię bluźnić pod nosem i drętwieć z przerażenia słysząc trzeszczące liny i przyrządy. A najlepszy jest moment, gdy po skończeniu trasy, czy wyjściu z jaskini mogę siąść na dupsku, wsadzić do gęby solidny gryz kanapki i przeżuwając ją leniwie, rozglądać się za następnym kawałkiem ściany czy dziury do zrobienia.
Yeah!

*****

Późne popołudnie. Przeciągnąwszy swoje dupsko podwieszone do kilkumetrowego odcinka tyrolki, próbuję przepiąć się do zjazdu. Żar walący z nieba i zmęczenie dają znać o sobie. Powoli, bardzo powoli, kolejno przerzucam sprzęt z liny na linę starając się pamiętać o tym, że scena z unoszącym się przez moment w powietrzu Kojotem od Strusia Pędziwiatra jest dość trudna do powtórzenia w rzeczywistości, więc w razie popełnienia błędu od razu przejdę do fazy lotu w dół z pominięciem okresu lewitacji.
Tak właśnie. Lonża żeby nie odjechać, shunt, żeby nie spaść, wypiąć się z tyrolki, gdzieś tu mam rolki... Czas gna nieubłaganie, a ja nadal liczę szpej sprawdzając po raz setny, czy na pewno jestem poprawnie wpięty. Instruktor na górze ziewa z nudów, współkursanci zaraz mnie zlinczują z niecierpliwości, a ja nadal okupuję linę blokując ruch na drodze.
Po kolejnej kontroli sprzętu - ruszam w dół. Widząc taki nagły zwrot akcji, Instruktor zerka na mnie sprawdzając, czy na pewno schodzę, czy po prostu zasnąłem i zaczynam się osuwać.

- wiesz - rzucam do obserwatora sunąc w kierunku ziemi - jeśli zginę kiedyś w jaskini, to nie dlatego, że zrobię błąd i spadnę i zginę. Prędzej umrę z głodu, bo zanim skończę pierdolić się z tymi linami...

Instruktor łypie z rezygnacją. Przynajmniej z grzeczności mógłby zaprzeczyć.

*****

I tak oto płynie czas. Mamy prawie połowę wakacji. Odliczanie trwa, dużo odliczania. Najpierw do początku sierpnia, później do połowy sierpnia, następnie pustelniczy wrzesień, a na deser październik. I nagle się okaże, że znów rok wszedł na kark, że to już kolejnych dwanaście miesięcy minęło od momentu, gdy na wiadukcie kolejowym zaczęła grasować ośmiornica mutacyjna.
I wszystko gna i zapierdala i jedyne co się nie zmienia, to odpowiedź na pytanie:
- to na ile lat wygląda Emil?
- 24? 25?

*****

Niedziela, późny wieczór. Kark i ramiona wystawione na słońce przez cały dzień, dają znać o sobie. Wszystko piecze jak diabli, bo oczywiście nie pomyślałem o kremie z filtrem. Pysk też przyjarany, skóra rozpaczliwie błaga o pomoc.

Maślanka. Tak, okład z maślanki dobrze mi zrobi.
Ruszam dupsko z wyra, człapię do kuchni. Lodówka. Maślanka, oparzenia, słońce, skóra. Tak.
Ale jak to mawiał klasyk: niestety zaszła mała pomyłka i zamiast zrobić okład z maślanki, zeżarłem kefir z lodami i bananami.

Tak, wiem, jestem beznadziejny.

*****

Na deser wpiso-zagadka.

Późne popołudnie. Znalazłem w skalę piękną dziurę, która zostanie pierwszym punktem, takim na dojście. Dobra, wszystko wygląda solidnie. To teraz dupnę tutaj takie coś, co mi na pewno uratuje życie i będzie wyglądało pro i dobrze wyjdzie na zdjęciach i jak się później pochwalę tym na blogu, to normalnie będzie jeden wielki Dr Oetker w Triumphie.
Chwytam precjoza w łapska i jechane! Zajączek wychodzi z norki, staje pod drzewem, sika na drzewo i żeby nie wleźć w szczyny otacza je i wraca do nory pić dalej. Tylko okrąża je z lewej czy z prawej? Moment... Puszczam go na lewo. Zajączek okrążą drzewo idąc na lewo, włazi do nory, drzewo zawala się na norę i zajączek ginie śmiercią tragiczną. No i zamiast tego co miało wyjść, wyszedł mi Aleksander Wielki a`la Kurza Dupka.
Do dupy.
Jeszcze raz: zajączek wychodzi z norki, rzyga pod drzewem, okrąża drzewo omijając wymiociny po prawej, po czym wraca do norki. Drzewo stoi. Zajączek żyje. Jest!!! To jeszcze raz, ale trzeba to wszystko zmodyfikować, żeby łatwiej się zapamiętało z zakrętami: jest drzewo, jest korzeń, jest norka. Zajączek wychodzi z norki i nie idzie ani w lewo ani w prawo, tylko najpierw rzuca się na twarz, bo to jest zajączek zombie! Wygryza kawałek twarzy i zaczyna spieprzać za to drzewo, ale wtedy wstaje świt i nieustraszeni pogromcy zajączków zombie próbują otoczyć zajączka, więc zajączek spieprza do norki, a pogromcy zderzają się na korzeniu.
JEST! HA! Przeżyję!

Pytanie brzmi: co robiłem? Podaj pełną nazwę.

10 komentarzy:

  1. Brzmi jak byś krawat supłał :). Ja już dawno temu ukatrupiłem zajączka, mam krawat zawiązany na stałe, bo jak bym miał za nim ganiać każdom razom to sam bym się porzygał albo na tym drzewie powiesił. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. wiązałeś węzeł ratowniczy?

    OdpowiedzUsuń
  3. Odpowiedzi
    1. A gdzie w króliczych uszach masz drzewo i norkę? ;)

      Usuń
  4. No chyba że "węzeł skrajny tatrzański"?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z zabezpieczeniem na zderzaku. Pogratulował :)

      Usuń
  5. Na początku też myślałem, że ratowniczy. No ale, kurwa, nie! Przecież tam wychodził krokodyl z rzeki, a nie zając...

    OdpowiedzUsuń