wtorek, 4 września 2012

W cycki (nie) poszło

Godzina dziewiętnasta, minut dziesięć.

Leżę na kanapie kontemplując nicnierobienie. Pacynka śliny leniwie ścieka mi z kącika ust, odbijając blask monitora.
Obok pies leniwie liże sobie to, czego ja sam nie potrafię sobie polizać.
Na ekranie banda kretynów stara się wzajemnie skrzywdzić wszystkim, co mają w najbliższym otoczeniu.

Sielanka.

Słyszę zbliżające się z przedpokoju leniwe człap, człap, człap. Nadchodzi Najwspanialsza-Z-Żon. Słodycz leje się z oczu, na twarzy mina kota ze Shreka, zalotnie łopoczące rzęsy sugerują, że moja 2ga połowa zaraz wyjedzie z czymś, co zniszczy mi tę piękną wieczorną sielankę.

Kręcąc biodrami siada obok, zarzuca mi nogę na kolano, Jej lico zaczyna się ocierać o moje lewe ramię. Zdecydowanie jestem w dupie. Śmierdzi na odległość wyjazdem do stajni albo co gorsza jakimś remontem.

- Wiesz coooooooooooooo? - zagaduje.

Pies widząc, co się święci, złazi z kanapy i udaje się na dywanik. Tym razem kieruje swój jęzor w stronę pierdziawy.

Spinam się w sobie. Chciał nie chciał - trzeba coś odpowiedzieć Najwspanialszej-Z-Żon. Obszar mózgu odpowiedzialny za elokwencję zaczyna pracować z siłą lokomotywy:

- eeeeeeee, no?
- bo mi się spodnie troszkę rozeszły i chyba muszę kupić jakieś inne nowe.

Rozeszły. Tak. ROZESZŁY. Rozejść to się może mąż z żoną, gdy ją przyłapie w łóżku z czterema facetami. No chyba, że przyłapie ją z czterema babkami, wtedy jest oczywiście ok i rozwodzić się nie trzeba.
Spodnie się nie ROZESZŁY. One trzasnęły na dupie, rozwarły się niczym piekielna czeluść podczas wzywania samego Belzebuba. Huk pękających spodni spłoszył wszystkie gołębie w promieniu półtora kilometra i wybił okna w trzech okolicznych blokach. Nie, one się nie ROZESZŁY.

- no i co z tymi spodniami? - pytam
- nooooo, może byśmy się przeszli do sklepu, coś bym kupiła...

Szybka analiza stanu mojego zdrowia: nóg mi nie urwało, gorączki nie mam, udawanego ataku padaczki nie przećwiczyłem, więc może wyjść niezbyt przekonująco. Święta dziś też żadnego nie mamy, więc sklepy jak na złość czynne do późna. Jest źle, nie mam jak się wywinąć...

- no ale, że dzisiaj chcesz iść?

W tym momencie Najwspanialsza-Z-Żon wkręca się mocniej w moje ramię i ociekając lukrem w głosie, szepce:

- tak.

No i co ma biedny facet zrobić? Nie pozostaje nic innego jak szczerze odpowiedzieć:

- no to idź.

Zadowolony z siebie wygodniej układam się na kanapie. Problem został rozwiązany, mogę kontynuować nicnierobienie. Przynajmniej tak mi się wydaje. I mam rację. Wydaje mi się.

- ale ja sama nie chcę!
- dlaczego?
- bo Ty mi zawsze fajnie podpowiesz w czym dobrze wyglądam.

Tak, dobrze podpowiem i dostanę za to opierdol. Przeanalizujmy nasze wspólne zakupy ciuchów dla Najwspanialszej-Z-Żon:

Zazwyczaj jak jeden z wielu najnieszczęśliwszych na świecie samców stoję gdzieś pod ścianą, starając się nie zostać zadeptanym przez niewiasty, które porzuciwszy swą subtelność i dobre wychowanie, galopują pomiędzy wieszakami tratując wszystko co stanie im na drodze. Coś jak przemarsz rozwścieczonego stada słoni przez zarośla.
Co gorsza, wszędzie są lustra i z każdego miejsca wszystko widać - jak takich okolicznościach człek ma się gapić skrycie w dekolt sympatycznej sprzedawczyni? Nie pozostaje nic innego, jak włączyć telefon - przynajmniej dzięki niemu można trącić ptakiem kilka świnek.

Etap 2 to przymierzalnia. Coś jak czyściec - męskie dusze w wiecznym cierpieniu stoją trzymając drzwi przymierzalni, zerkając na swe samcze lica i wzdychając ze zrozumieniem. Drzwi oczywiście trzymać TRZEBA. Pal diabli, że są zamykane od wewnątrz na zamek, rygiel, zapadkę i czytnik linii papilarnych jednocześnie. NA PEWNO się otworzą jakimś sposobem i cały sklep zobaczy naszą Niewiastę z gaciami na wierzchu drapiącą się tam, gdzie przyzwoite damy drapać się nie mają w zwyczaju.
Stoi ta męska brać pod drzwiami niczym pod ścianą straceń wiedząc, że zaraz z przymierzalni dobiegną słowa "już jestem przebrana", że otworzą się drzwi i padnie z Jej ust:

- i jak wyglądam?

I dopiero wtedy jest naprawdę przejebane.

Etap 3, czyli PIEKŁO.
Najgorszy jest pierwszy rzut oka na przymierzaną kreację. O ile jeszcze można wybrnąć jakoś z wyrywającego się "o kurwa" dorabiając "...jak ładnie wyglądasz", tak już wybuch śmiechu gwarantuje tydzień warzyw na obiad i trzy dni bez sexu. Teoretycznie niezbyt skomplikowane w swej prostocie pytanie "jak wyglądam" jest jednym z tych pytań, na które NIGDY, ale to NIGDY nie da się udzielić poprawnej odpowiedzi. Można próbować, ale co samiec ma odpowiedzieć, gdy jego partnerka zaplącze się w coś, co przypomina połączenie namiotu, worka po ziemniakach i kalesonów po dziadku Albercie?

- i jak wyglądam?

Odpowiedzi poprawne, czyli może uda się wybrnąć:

- niezbyt korzystnie
- nie podkreśla to Twoich atutów
- dobrze, ale inny krój mógłby bardziej podkreślić Twoje fantastyczne nogi/piersi/biodra (niepotrzebne skreślić)

O dziwo złe odpowiedzi:

- trochę Cię to pogrubia
- JESTEM GRUBA?!?!!? TY BYDLAKU!!!!

- nie widać w tym Twojej talii
- JESTEM GRUBA?!?!!? TY BYDLAKU!!!!

- jak tak patrzę, to mam ochotę na baleron
- JESTEM GRUBA?!?!!? TY BYDLAKU!!!!

- super, masz pełniejszy tyłek
- JESTEM GRUBA?!?!!? TY BYDLAKU!!!!

Ewidentnie złe odpowiedzi:

- eeeeeeeeee, żartujesz?
- TY ŚWINIO, PROSTAKU, NIECZUŁE BYDLĘ!!!

- średnio, trochę jak 2litrowa butelka pepsi
- TY ŚWINIO, PROSTAKU, NIECZUŁE BYDLĘ!!! (bonus: 3 dni na warzywach)

- coś mi nie pasuje z tymi spodniami...
- ale co?
- no bo Twój tyłek wygląda jak garaż dla tirów. Parkujących w poprzek.
- TY BYDLAKU, PROSTAKU, NIECZUŁE BYDLĘ!!! (bonus: 5 do 7 dni na warzywach)

- gdzieś Ci wessało cycki
- TY BYDLAKU, PROSTAKU, NIECZUŁE BYDLĘ!!! (bonus: do 14 dni na warzywach, brak sexu przez tydzień)

I na koniec najgorsze co można odpowiedzieć, szczególnie, gdy przymierzane jest nowe bikini:

- tamta zdzirowata panienka w przymierzalni obok wygląda w tym bikini o wiele lepiej niż Ty, nawet jak była w opcji topless.

Konsekwencji tego ostatniego chyba nie muszę opisywać...

*****

Wróćmy jednak do spodni, co to "się rozeszły". Oczywiście ich rozejście się nie miało nic wspólnego z rozmiarem tyłka. Tyłek jest niezmienny gabarytowo od 5 lat, tylko rozmiary coraz mniejsze robią i płyny do płukania sprawiają, że pranie mocniej się kurczy.

Poszukiwania odpowiednich, pasujących pantalonów na niewieści tyłek sprawiają, że Najwspanialsza-Z-Żon na jakimś etapie swojego życia musi się przed sobą przyznać:

- już nie XS, moooooooooooooże, S. Tak, S. ALE ŻADNE M!!!

Tia, żadne M. Trzeba będzie następnym razem zabrać na zakupy mazak i poprawiać metki z rozmiarem na podawanych do przymierzalni ciuchach. Tak dla świętego spokoju.

Będąc na etapie przedpiekielnym stoję u wrót przymierzalni czekając niczym na skazanie, aż padnie TO pytanie. Odchylają się drzwi, w środku Najwspanialsza-Ż-Żon prężąc tyłek wygina się przed lustrem sprawdzając, jak spodnie leżą.

"Tak, zdecydowanie, Najwspanialsza-Z-Żon w wersji wagowej M wygląda... lepiej niż przyzwoicie" myślę sobie zagryzając zęby na framudze, jednocześnie z całych sił starając się nie rzucić na Nią w ciasnej przebieralni.

- i jak wyglądam?
- ykhyhyhyhy, hyhyhy - odpowiadam śliniąc się obficie - schyl się jeszcze raz w tych spodniach i pooglądaj sobie otoczenie, bo jak dojedziemy do domu, to do rana będziesz tylko sufit oglądać!!! BUAHAHAHAHAHAHA!!! CHRZĄK-CHRZĄK, MUAHAHAH!!!!

*****

Zakupy dokonane... Wsiadamy do samochodu.

- Ale jak wyglądam w tych spodniach?
- Mówiłem Ci już, że dobrze, są fajnie dobra, porządnie leżą, długość ok. Co jeszcze mam Ci powiedzieć?
- No ale ja jestem kobietą, ja lubię poroztrząsać takie sprawy!
- Kotek, roztrząsać to można nawóz na polu, to był tylko zakup spodni!
- Ale one są w rozmiarze M!!!
- I bardzo dobrze! Poza tym w cycki też poszło.

...oj poszło, poszło... życie jest piękne.
Bojng... Bojng.. Bojng..


[AKTUALIZACJA]

Odezwała się do mnie po przeczytaniu tej notki Najwspanialsza-Z-Żon. Na początku nie wiedziałem, o co Jej chodzi z tym urywaniem łba, wsadzaniem wieszaka w dupsko i warzywami, ale okazało się, że w notce wkradł się błąd. Rozmiar zwiększył Jej się z XS do S a nie M.
Boję się wracać do domu, kto mnie przenocuje...?

9 komentarzy:

  1. Mogę Ci kanapę odstąpić :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ty żywisz się samymi WARZYWAMI, nie ufam Ci:P

      Usuń
    2. my mocno mięsożerni jesteśmy, ale za to troche daleko miałbyś do pracy ;)

      Usuń
  2. Z autopsji: Prawdziwy (niezależnie od interpretacji)mężczyzna wypowiada się o jedzeniu samych warzyw nie inaczej, niż tak, że ma na myśli frytki.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaj Pan książkę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zachwycają mnie Twe wybitnie ciekawe refleksje na temat życia codziennego, które dzięki twemu spojrzeniu nabiera nowego znaczenia.

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetne! Zapraszam Cię na mojego bloga:
    http://mystylemyeveryday.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. MEGA wpis, świetnie piszesz!

    OdpowiedzUsuń