sobota, 8 września 2012

Robale atakują!

Sobota. Godzina ósma rano.
Organizm stwierdza, że więcej spać nie będzie. Kręcę się więc w małżeńskim łożu zastanawiając się, jak spożytkować poranek. Nagle czuję na sobie czyjś wzrok. Tak, to lewa gałka oczna Najwspanialszej-Z-Żon łypie na mnie spod sterty poduszek. Sekundę później słyszę słowa:

- no nie żartuj, że masz zamiar już wstać?

Zanim zdążę się zastanowić nad odpowiedzią, oplatają mój organizm ramiona i nogi mojej 2giej Połowy. Dałbym sobie rękę uciąć, że nawet coś się do mnie przyssało.

Mijają sekundy ciągnące się niczym godziny. Nie ma szans - nie zasnę. Trzeba się jakoś oswobodzić i wstać. Tylko jak tego dokonać, jeśli Najwspanialsza-Z-Żon zarzuciła na mnie więcej swoich kończyn, niż pijana stonoga tańcząca breakdance? Nic to, jestem samcem, nie będzie mnie tu jakaś stopa ograniczać!
Niczym Kapitan Nemo walczący o oswobodzenie Nautilusa z macek gigantycznej kałamarnicy, zaczynam kolejno wyzwalać swój skromny organizm ze śmiertelnego splotu kończyn Najwspanialszej-Z-Żon. Problem w tym, że niczym saper rozbrajający bombę, muszę zrobić wszystko najdelikatniej jak się da. By nie było zbyt łatwo - tu nie ma miejsca na zdrowy rozsądek: kończyny zginają się w najmniej spodziewanych miejscach, zaś stawy wbrew pozorom nie zawsze wygibują się w standardową stronę.

Trzy lata wspólnego małżeńskiego życia robią swoje: zdobyta praktyka sprawia, że po 10 minutach jestem wolny. Nawet rozkoszny bąbelek w kąciku ust mej 2giej Połowy nie zadrżał gdy wypełzałem z łoża! Ha! Ma się ten styl!

*****

Mija półtorej godziny. Wracam szczęśliwy z targu załadowany po uszy zakupami. Pies radośnie merda czując znajdujące się w pakunkach martwe zwierzęta. Najwspanialsza-Z-Żon nadal rozkosznie pobulguje spod pościeli - czyli mam dla siebie jeszcze trochę czasu. Zadowolony niczym pedofil w przedszkolu, zaczynam przeglądać zakupione owoce. Radość poranka momentalnie rozpływa się w powietrzu, niczym nocne bączusie po otwarciu okna nad ranem.

Z torby zerka na mnie nektaryna. To źle. Nektaryna nie powinna na mnie zerkać. Nic nie piłem, nic nie paliłem, a nektaryna jak gapiła się, tak się gapi. Kurwa.
Biorę nektarynę na rękę i gapimy się tak na siebie. W cztery oczy. Sprzedawca u którego zawsze zaopatrywałem się w owoce nigdy mnie nie zawiódł, zawsze dostarczał najlepsze frukty, a tym razem dziad jeden wepchnął mi owoc, który najwyraźniej zaraz będzie chciał podjąć ze mną konwersację! Tak to jest, gdy człek zaufa sprzedawcy i przestaje go kontrolować.
Odkładam zezującą na mnie nektarynę do koszyka. Sięgam po następną - ta do mnie macha. Przyglądam się  merdającej do mnie kończynie. Nie, to nie nektarynowa rączka - to robak wystawił do mnie przez dziurkę swoją robaczą dupkę. No nie, takiej zniewagi nie zniosę, nie będzie mi tu jakaś robacza lafirynda gołym dupskiem świecić!
Chwytam dziada za odwłok i wyciągam z przytulnego domku. Pierwsza myśl - przepuścić bydlę przez wyciskarkę do czosnku. Już biorę w dłonie narzędzie zbrodni, gdy od strony śliwek słyszę głos bardzo negatywnie wyrażający się o mojej mamie...

- o ty larwo śliwczana, po matce będziesz mi jeździć?

...cedzę przez zęby biorąc do ręki ulubiony tygodnik. Cztery szybkie strzały pomiędzy gały i robal jest zresocjalizowany. Nawet ukłonił się grzecznie gdy pokornie odpełzał w stronę śmietnika.
Moje starcie najwyraźniej wykorzystały pozostałe nektarynowe robactwa - armia pełzająco ciamkających robaków rozłazi się po blacie chcąc najwyraźniej zdobyć władzę nad kuchnią!
O nieeeeeeee, nie ze mną te numery! To moje mieszkanie i nie będzie robal pluć mi w twarz!
Chwytam pierwszą z brzegu śliwkę, z której zaczyna wypełzać coś prastarego. Siwy na pysku larw gnąc się w lewo i prawo daje znać pozostałej larwiej braci, że nadszedł czas ataku. Rozpoczyna się istny Larwageddon! Oddział pełzający rusza z torby w kierunku umywalki, starając się mnie oskrzydlić w momencie, gdy grupa takich zielonkawych z łapkami odwraca moją uwagę po prawej. By dopełnić dzieła zniszczenia, ze śliwek podnosi się szwadron muszek owocówek kierując się w stronę mojej twarzy. Pies w panice ucieka przed marchewką, która stara się ugryźć go w stopę.
Chwytam ścierkę do naczyń i niczym dziedzic Brucea Lee wykonuję kilka morderczych gestów powalających na ziemię większość muszek. Pełzające robactwo dostaje po staropolsku z lacia, zaś te po prawej z łapkami dostają po oczach płynem do mycia naczyń. Pies pochwycony za stopę przez wiekową marchewkę walczy o życie rwąc warzywo paszczą której by się nie powstydziła Mega Pirania.

Nagle wszystko zamiera. Skąpani we krwi i marchewce, patrzymy na siebie wszyscy - ja, pies i robaki. I ta zezująca nektaryna. Tak, to Najwspanialsza-Z-Żon wydaje z siebie jakieś dźwięki przewracając się na 2gi bok. Byle nie był to bąk - nie będę mógł wtedy używać w walce otwartego ognia. Szmer z sypialni zamiera, patrzymy po sobie - my wojownicy o kuchnię - czekając kto wykona pierwszy ruch. Sąsiad za ścianą odkasłuje siarczyście, dźwięk flegmy rwącej się od wątroby jest niczym sygnał do dalszych walk. Wybucha kolejne starcie. Muszka owocówka-kamikadze wpada mi do oka, marchewka wymierza psu cios w nos i ucieka do sypialni, zezująca nektaryna zaczyna się kulać w stronę ściany. A to bydlę! Chce przejąć władzę na wyłącznikiem by pozbyć mnie światła!
Rzucam się na owoc porywając po drodze z suszarki nóż. Trzy szybkie ciachnięcia i nektaryna leży rozczłonkowana w koszu. Pies rzuca się za pramarchewą zbliżającą się w stronę łóżka od strony tyłka Najwspanialszej-Z-Żon. Strach pomyśleć co by się działo, gdyby nie psi refleks! Trzy kłapnięcią szczęką i psiur wraca do kuchni zadowolony niosąc truchło warzywa, a ja zaatakowany przez cebulę walczę o życie dzierżąc deskę do krojenia niczym tarczę godną Bogów Olimpu.

Może wyjdę z tego na tarczy, ale nigdy bez niej!

Trzy strzały zmywakiem w pietruszkę studzą jej zapał, banan na widok martwej pramarchewki wywiesza białą flagę i już prawie może się wydawać, że starcie z warzywno-robacznym wrogiem dobiega końca, gdy do akcji wkracza PAPRYKA! Rozwierając się jak uda jurnej pięćdziesiątki na TV Polonia po godzinie 23, wypluwa z siebie pleśniejąco-gnijący odór mogący przebić nawet aromat gotowanego kota, który stracił życie pięć dni temu.

Czas staje w miejscu. Farba łuszczy się na ścianach, w pokoju tapeta opada na podłogę. Tylko pies czując swąd rozkładającej się tkanki przeszczęśliwy patrzy z nadzieją w moje oczy. A niech mu będzie. Wstrzymując oddech zrzucam skrajem noża istotę paprykopodobną do psiej michy. Psiur nie czekając sekundy rzuca się na nią rwąc i szarpiąc skrzeczącą istotę starającą się wydalić z siebie jak najobrzydliwszy zapach.
Cztery kłapnięcia później pies leży wniebowzięty na podłodze oblizując się z zadowoleniem. Ja dogniatam ostatnie robale wrzucając do kosza wszelkie frukty rokujące, że będą chciały ruszyć do kolejnego powstania. Ochlapany mieszaniną robaczej krwi i owocowo-warzywnych płynów ustrojowych spycham w stronę śmietnika truchła poległych wrogów. Nóż trzymany w moich zębach błyska złowieszczo. Bliski obłędu dobijam ostatnich przedstawicieli robaczej cywilizacji, gdy nagle dobiega mnie zza ściany zaspany głos Najwspanialszej-Z-Żon:

- Robisz jakieś śniadanie?

Stoję na środku kuchni. Światło żarówki odbija się w ostrzu noża. Uśmiechając się złowieszczo, głaszczę czule rękojeść zastanawiając się nad odpowiedzią..

8 komentarzy:

  1. Zacne!

    PS. Byłoby zacniejsze, gdyby nie weryfikacja obrazkowa :/

    OdpowiedzUsuń
  2. nikt nie lubi weryfikacji obrazkowej, nie rozumiem po co ludzie ją włączają

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaka kutfa weryfikacja obrazkowa?!

    OdpowiedzUsuń
  4. Odpowiedzi
    1. Zaiste takowa się tu panoszy. Może zezująca nektarynka ma z tym coś wspólnego? ;)

      Usuń
  5. Weryfikację obrazkową włącza się by uniknąć ataku robotospamerów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Chciałabym zauważyć, że (nie?)stety jestem uzależniona od wpisów 30latka i codziennie kilkakrotnie odwiedzam blogspota, coby się upewnić, że brak informacji na Facebook'u o nowym wpisie nie jest jakowymś spiskiem. Za każdym razem jednak (od już dwóch tygodni!) doznaję jakże druzgocącego rozczarowania. 30latku ratuj! Napisz coś co nakarmi mój literacki, zassany do granic możliwości żołądek!
    Dziękuję
    KaEs

    OdpowiedzUsuń