poniedziałek, 12 stycznia 2015

Krzywa wieża

Jakoś koniec roku. Albo początek. Stoimy z zadartymi głowami, obserwując budowlę nad nami. Niby wieża. No krzywa, bo krzywa, ale co w tym dziwnego? Jak dwie ulice za Czarną Dziurą developer oddawał budynek, to dom też był krzywy w każdym kierunku, a jakoś nikt nie robił z tego atrakcji turystycznej.
No ale stoimy. Bilety w dłoni - są, zapał do wspięcia się na górę - jest, jakieś półtorej godzinki do wpuszczenia naszej grupy też jest. No to idziemy na kawę.

Kawa. Jak zwykle kafje czaczja.. faczja... marczja... kawa z mlekiem. Bo od tej małej w mini filiżance wątroba wychodzi przez pępek i staje obok, od tej co jest druga na liście to korzeń może nie zapłonąć, a za picie cappuccino o tej godzinie to podobno biją po ryju i można dostać krzesłem przez plecy.
No to siadamy przy stole. Ping! - cicho rusza licznik ojrosów. Za posadzenie dupy przy stole - 1 euro. Zdzierstwo jak w kiblu na PKP w Katowicach. No ale... Chciało się zwiedzać, to trzeba bulić.

Zamawiamy kawę kafje maczja... tę z mlekiem, wciągamy po kawałku pizzy, grzejąc się w blasku lady chłodniczej. A za tą ladą... Świń ćwiartki, krów półtusze, wszystko w ziołach, zaprawach, leży w sposób wyuzdany za szybą, pod sufitem dynda kusząc końcówką kości racicznej, przemawia bez mała do mnie, wabi i nęci i plastrami wędliny w moją stronę macha... Tak. Chciałbym być larwą mięsno-wędliniarską. Mógłbym zamieszkać sobie w takiej szynce i drążyć tunele, ocierać się nagi o jej ściany, wąchać ją od rana do wieczora i wcierać sobie w dziąsła te przyprawy, naloty i pleśnie, ajjjjjjjj...
Na prawo od lodówki jakaś lada, czy blat. Przy miniaturowym kawałku płaskiej deski upchało się z pięć osób, starając się spokojnie wypić kawę. Pierwszy trąca drugiego, trzeci przydepnął czwartego, piąty ma chęć na trzeciego, a pierwszy ma minę, jakby jego wypita kawa już zaczęła czynić starania o powrót na powierzchnię.

Mijają minuty. Płacimy rachunek, wychodzimy. Przedzierając się przez rzednący tłum, podziwiamy niepowtarzalne oferty dotyczące zakupu zegarków wyglądających jak prawie-oryginalne, pamiątkowych czapeczek, oraz kijków z chwytakiem na komórkę. Takich do robienia samojebek. Przez moment zastanawiam się, jaki szacunek na podwórku zapewniłby mi taki teleskopowy, samojebkowy kij, gdyby go umoczyć w kupie.

Ale oto i ona. Ponownie staje przed nami. Krzywa wieża. Ustawiamy się w ogonku i cierpliwie czekamy.
Mija kilka minut. Zaczynają wpuszczać. Sympatyczny jegomość o karnacji niezbyt jasnej, skanuje nam bilety, przyglądając mi się dziwnie. Zupełnie, jakbym nasz bilecik narysował, wydrukował, czy coś. A może on też chciał zaproponować zakup po okazyjnej cenie kijka do samojebek? Innych opcji z takim czy innym kijkiem nie dopuszczam do siebie.

Wchodzimy! Wieża, jest, jesteśmy w środku! Budynek o dziwo jest tak samo okrągły wewnątrz jak i na zewnątrz. Znaczy się rura idąca w górę. Kamienna rura. I do tego krzywa.
Pani przewodnik piękną angielszczyzną tłumaczy nam, że krzywa wieża jest krzywa bo się przekrzywiła i dlatego nazywa się ją Krzywą Wieżą w Pizie, ale kiedyś była prosta, znaczy się zanim się przekrzywiła. Dopowiadam sobie w myślach:
- ...i wtedy nazywała się Prostą Wieżą w Pizie. No nie no, bez sensu.

Po omówieniu jak bardzo krzywa jest krzywość wieży, ruszamy na górę. No windy to tam nie ma. Tuptamy więc po krętych, kamiennych, wyślizganych schodach, obijając się to o zewnętrzną ścianę, to wewnętrzną... Błędnik szaleje, mózg się lasuje, dobrze, że pizza była taka mała, bo od siły odśrodkowej mogłaby jeszcze raz zaprezentować swoje wdzięki.
Ale ot i on - szczyt wieży! Balkon widokowy! Ach! Och! Ech! ...oraz inne dźwięki zachwytu nad widokiem przed naszymi oczami. W dole rozpościera się miasto, na prawo katedra, bardziej na lewo jakiś idiota próbuje zrobić zdjęcie telefonem, doświetlając miasto lampą błyskową. Nic to. Podziwiamy, łza w oku się zakręciła, serce zapikało mocniej od wzruszeń, widoków i innych tego typu, złazimy.

Droga w dół. Tak samo jak do góry, tyle, że na odwrót. Gdyby mieć wielką, aluminiową miskę, to można by zjechać ze schodów jak na sankach. Niestety akurat przy sobie nie posiadam wielkiej, aluminiowej miski. Widocznie zostawiłem ją w innych spodniach. Człapiemy. Lewa, prawa, lewa, prawa, kilka chwil tuptania i jesteśmy na dole. Jeszcze kilka zdjęć pięknie oświetlonej wieży, jeszcze kilka rzutów okiem na katedrę i w zasadzie można ruszać w stronę...

- Brrrrrrgbrlt! 
Hm... Co to u licha było?
- Wrrrrbrlgrblt!
Hm.. to coś jakby w środku mnie, tak jakby od strony brzucha... Nie wiem, może żołądka, czy nawet...
- Grrrrllłbułłybrtpbpt!
O Jezu... Starając się zachować resztę godności rzucam się w kierunku, gdzie ostatnio widziałem takie pionowe...

*****

"Kawa pod Krzywą Wieżą: 3 euro. Wejście na Wieżę: 18 euro. Sraczka pod Krzywą Wieżą w Pizie: bezcenne."

8 komentarzy:

  1. a wszystko to na własne życzenie ;)
    przyjedź do stolycy będzie taniej i równie atrakcyjnie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapamiętać na przyszłość - wszędzie zabierać z sobą miskę aluminiową :) zejście byłoby szybsze, atrakcyjniejsze, adrenalinopędne ...... i może nawet więcej niż resztkę godności to może uratować ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. ..... tak mi uparcie ta miska w głowie siedzi, rózne zjazdy na myśli przyciąga..... wiem .... zjazd z hałdy na takowym sprzęcie też musi być ciekawy, wystarczy odpowiednią "ścianę" do tego wybrać

      Usuń
    2. Jakby miał miskę to nie byłoby problemu. Chociaż wiadro byłoby wygodniejsze.

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  3. Może i nie zdobyłeś władzy nas wszechświatem, ale pisanie masz w jednym palcu. Poczułam, że jestem tam z Tobą, SERIO! :))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń