środa, 12 grudnia 2012

Zemsta!

Czas akcji:
Godzina siódma rano. A w zasadzie siódma minut cztiri.

Miejsce akcji:
Sklepik w pobliżu pracy.

Osoby dramatu:
- ja
- Ekspedientka
- Sympatyczna Pani Od Uszek Z Grzybami
- p. Żmijewiczowa

Godzina siódma minut kilka to czas, gdy po ulicy biegają stadami spanikowane niewiasty, próbując kupić cokolwiek na drugie śniadanie. Obraz ten nabiera dodatkowej dramaturgii gdy zorientujemy się, że na 7.15 owe galopujące matki córki i kochanki muszą stawić się do pracy w pobliskim ZUSie.
Mamy więc milion pińcet bab ustawionych w kilometrowe kolejki, a każda z bab owych zakupuje co następuje:

- jedną bułeczkę z ziarnami proszę, trzy plasterki sera żółtego ale tego po lewej, chyba, że ten po prawej jest tańszy od tego co leży na środku, do tego... a szyneczkę jaką dostanę?

Sraką. Maraton serkowo-ciasteczkowo-bułeczkowy trwa w najlepsze akurat wtedy, gdy człek śpieszy się do roboty. Jakby nie mógł każdy zakupów czynić po męsku:

- bułkę, pęto zwyczajnej i ogóra kiszonego proszę!

Najlepsze jest to, że wszelkie te chudomleczne, chudoserkowe i ciemnopieczywowe zakupy mają podobno pomóc w utracie kilku gramów z zapasionych zadów. Zastanawiam się więc, po kiego kija do tych wszelkich lajtozakupów dobierany jest kilogram sernika, czista gram jabłecznika i pinć drożdzówek, które zostaną wchłonięte przy pierwszej kawie?
No dobra, jak już kiedyś zauważyłem: kobieca logika jest mi całkiem obca...

Wróćmy do tematu. Siódma minut cztiri.
Wchodzę do sklepu, przy ladzie stoi Sympatyczna Pani Od Uszek Z Grzybami i w wielkim skupieniu zamawia co następuje:

- to na święta poproszę kilogram uszek z borowikami, pół kilo pierogów z kapustą i grzybami i dziesięć tych dobrych krokietów co zwykle...

Widząc, że Ekspedientka wyciąga magiczny zeszyt do zapisywania zamówień, rozglądam się w poszukiwaniu natchnienia gastronomicznego. W tym momencie otwierają się drzwi i wchodzi p. Żmijewiczowa.
Z miną srającego kota i pogardą płynącą z oczu rozgląda się po zebranych, rzuca okiem na lodówki i z wyrazem wielkiego cierpienia, wzdychając co chwilę, ustawia się w kolejce. Znaczy się za mną.
Stoję i myślę: skądś znam to babsko... Dam pół lewej nerki, że gdzieś ją widziałem....

...nagle przed oczami pojawia mi się obraz pobliskiego mięsnego, gdy w sobotni poranek kupowała przede mną każdą z dostępnych w sklepie szynek. Po JEDNYM plasterku z każdej, a że lada była długa i zaopatrzona bogato, 10 minut straciłem na obserwację baby sprawdzającej, czy aby plasterek szynki X jest równie grubo przycięty, co plasterek szynki Y. By dopełnić obrazu Klienta Idealnego, p. Żmijewiczowa na odchodne bez mała rzuciła w twarz Ekspedientki banknot stwierdzając, że obsługa powinna być szybsza, a i szynek przydałby się wiekszy wybór, bo ona do końca to nie jest z zadowolona.

Ożesz ty lampucero panterkowa - myślę sobie - teraz Ci pokażę, co to znaczy stać za trudnym klientem...

Sympatyczna Pani Od Uszek Z Grzybami skończyła zamawianie świątecznych produktów, rozliczyła się z Ekspedientką i udała się w stronę wyjścia. Do lady podchodzę ja. Zerkam na zegarek: siódma sześć. Za sobą słyszę ponaglające postękiwanie i sapanie Żmijewiczowej.

Niech zacznie się orgia!

- co dla Pana? - pyta Ekspedientka
- drożdżówkę poproszę, a jakie są? - pytam robiąc słodkie ślepka
- są z budyniem i serem
- to jaaaaaa poproooooooszę z serem...

Ekspedientka gmera chwilę w koszu z drożdżówkami, a ja z miną niewiniątka zerkam w stronę lodówki. Znad kosza drożdżówkowego dobiega głos Ekspedientki:

- niestety, z serem już nie ma...

Ukontentowana Żmijewiczowa mruczy z zadowoleniem. Po chwili namysłu stwierdzam:

- oj jaka szkoda, że nie ma tych z serem, macie lepsze drożdżówki z serem niż te w piekarni obok...
- o, dziękuję - odpowiedziała Ekspedientka przy akompaniamencie szybszego posapywania Żmijewiczowej
- to wie Pani co, to ja jednak wezmę taką jedną z budyniem. Tylko lekko wypieczoną, jeśli można...

...wypowiadając te słowa spiąłem nieco poślady, spodziewając się ciosu parasolką w tył głowy. Na szczęście Żmijewiczowa jedynie oparła się o filar obok, zaciskając dłonie na torebce. Odbicie jej twarzy w szybie chłodziarki wyraźnie mówiło, co i gdzie by mi chętnie wepchnęła.
Gdy drożdżówka z budyniem spoczęła na ladzie, zerknąłem na zegarek: siódma siedem. Jeśli przetrzymam jeszcze z cztery minuty, Żmijewiczowej zostaną cztery na dobiegnięcie do pracy. Albo będzie lecieć, albo będzie siedzieć głodna. Kontynuuję tortury:

- mieliście Państwo wczoraj bardzo dobrą pasztetową, widzę, że chyba jej dziś już nie ma?
- dziś nie mieliśmy towaru od tego dostawcy, ale za to mamy dobre pasztety pieczone.
- o, bardzo dobrze, bardzo dobrze... widzę, że są z jakimiś dodatkami... a z jakimi dodatkami są?

Za plecami słyszę jakby parę spuszczaną z lokomotywy. To chyba Żmijewiczowa popuszcza zawór bezpieczeństwa by nie eksplodować.

- śliwka i pieprz. Ile dać tego pasztetu?
- a po kawałeczku tego ze śliwką i tego z pieprzem, tak wie pani - tu dla podkreślenia wagi słów wypowiedziałem nieco głośniej - po dwa plasterki na smaka.

Za plecami usłyszałem ciche "pyk!". Obstawiam, że Żmijewiczowej właśnie żyłka w dupie pękła, odwracam się by zobaczyć krwawiącą odbytem gadzinę.
Niestety nie jest tak łatwo, gadzina jak stała tak stoi, jeno odchrząkuje znacząca zerkając na zegarek. Uśmiecham się do niej najparszywszym uśmiechem na jaki mnie stać, po czym zwracam się do ekspedientki:

- wczoraj miała Pani bardzo ładnie pachnące ogórki konserwowe...
- tak, są jeszcze...
- a ma Pani także kiszone?

Od tyłu dobiega dźwięk jakby hamującego pociągu. To Żmijewiczowa trzeszczy zębami starając się powalić mnie siłą umysłu.

- tak, mamy kiszone, też bardzo dobre.
- a duże są, czy małe?

Głośne "GHERKHHHHEM!" dobiegające zza pleców sygnalizuje, że jestem blisko celu. Zerkam na zegarek - siódma dziewięć.

- są i duże i małe, pełne w środku.
- to jeśli są średnie, to ja poproszę cztery. Tylko mogę prosić o wsadzenie ich do podwójnej torebeczki? Żeby mi w torbie nie przeciekło...

Słyszę za plecami ciche mlaśnięcie. Albo Żmijewiczowa chciała coś powiedzieć, albo opadła jej szczęka. Przygotowuję cios ostateczny:

- a od jakiej kwoty mogę u Państwa płacić kartą?
- od dziesięciu zł - odpowiada Ekspedientka.
- o reeeeeeeety, to na pewno tyle nie bęęęęęęędzie... tylko nie wiem co dobrać... tooooo.. to ja może poszukam drobnych...

Powoli wyplątuję się z szalików, czapek, rękawiczek, by rozpocząć przeszukiwanie schowków w odzieniu. A kieszeni w samej kurtce czterdzieści i cztery.
Żmijewiczowa przewala gałami wznosząc błagalnie oczy ku niebu. Gmerając ręką w kieszeni pełnej drobnych w kwocie zł kilkunastu, staram się wyminąć bezdźwięcznie bilon. Gdzieś tam czeka na mnie Jagiełło na banknocie. Gdy udaje mi się wymacać odpowiedni papierek, wyciągam zdobycz ze spodni i kładę przed Ekspedientką w taki sposób, by Żmijewiczowa widziała:

- a będzie Pani miała wydać ze stówy?

Wiem, że nie będzie miała. Rano nigdy nie ma wydać ze stówy.

- może będę miała, poszukam na zapleczu...

Godzina siódma jedenaście. Bingo!
Żmijewiczowa tupnąwszy nogą wykonuje w tył zwrot i mamrocząc pod nosem coś o niezdecydowanych skurwysynach wychodzi ze sklepu wykonując na odchodne solidne jebnięcie drzwiami. W tym momencie 'przypominam' sobie o drobnych w kieszeni, w ułamku sekundy płacę odliczoną kwotę dziękując za obsługę i udaję się w ślad za Żmijewiczową. Wszak idziemy w tym samym kierunku.

Siódma czternaście. Temperatura około minus pięciu stopni Celsjusza, delikatnie prószy śnieżek, mamy piękny zimowy poranek. W oddali widzę, jak Żmijewiczowa wchodząc w kolejne poślizgi, zapierdziela oblodzonym chodnikiem w stronę pracy.
Pierwszy tego dnia uśmiech zawitał na mojej twarzy...

Tak, wiem. Jestem podstępną i złą kreaturą.

24 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z przedmówczynią, której dziękuję za przytarganie mnie tutaj :))

      Usuń
  2. hehe, nie. Jestes WIELKI. Ilez razy spotkalam na swojej drodze Zmijewiczowa i nie mialam odwagi jej tak potraktowac przy kazdej nadazajacej sie okazji.
    Jestes WIELKI.

    OdpowiedzUsuń
  3. Powiem tak: dobrze jej... :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Genialne :P Dobrze wrednemu babsztylowi.

    OdpowiedzUsuń
  5. zajebiste i tyle

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie to samo co ranek, 2 osoby w sklepie a ja 10 minut czekam żeby kupić dwie bułki i pasztet... ciśnienie lepiej podnoszą niż poranna kawa.

    OdpowiedzUsuń
  7. Należą się gratulacje za doprowadzenie takiej jednostki na sam skraj wytrzymałości. I to w kilka minut.

    OdpowiedzUsuń
  8. mnie zawsze jeszcze kończy się rolka papieru w kasie fiskalnej

    OdpowiedzUsuń
  9. Bywam w piekarni już o 6:20 i prawie zawsze mam pecha mieć przed sobą klienta szykującego się najprawdopodobniej na imprezę pracowniczą, bo kupuje 3 torty, 15 pączków i milion pińcet drożdżówek, 500 bomb rumowych i 300 eklerków ;p

    OdpowiedzUsuń
  10. Haha 1:0 dla Ciebie :) braaawo! w imieniu wszystkich, którzy stali choć raz za taką p.Żmijewiczową: dzię-ku-je-my! :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Najlepszy jest to, że wszelkie te chudomleczne, chudoserkowe i ciemnopieczywowe zakupy mają podobno pomóc w utracie kilku gramów z zapasionych zadów. - popraw na Najlepsze i bedzie git

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Otrzymujesz Honorowy Tytuł Wielkiego Korektora! ;)
      Dzięki ;)

      Usuń
    2. kolejny? znowu? ja juz mam na koncie Seg, ktora nie robi bledow, poza literowkami... no ale zawsze to kolejny do kolekcji na kominku (tam nie poprawiam) sie przyda...

      Usuń
  12. Nazbyt pamiętliwa bestia jesteś... nie ma co od Ciebie kasy pożyczać ;)

    P.S. Jednocześnie składam zażalenie, "dlaczemu" ja otrzymuję powiadomienie o wpisie ponad dobę bo jego opublikowaniu ? To ja zawsze chciałem mieć tytuł Wielkiego Korektora !!!!

    z rozgoryczonym pozdrowieniem
    ja
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Tekst super. Krąży po zusowskim forum. Gratuluję talentu.
    Zusówka

    OdpowiedzUsuń
  14. Nie no kocham Cię szalenie, z każdym wpisem mocniej ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Geniusz zła w najczystszej postaci :) love :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ach... piękne:) Takie Żmijewiczowe to chyba w każdym mieście się rozplęgły. Najlepszy numer był jak babka przy kasie (stałam za nią) wyjęła z biustonosza wyświechtany woreczek, a z niego wymiętolone 10zł... Dodam, że była wtedy zima...

    OdpowiedzUsuń