niedziela, 21 czerwca 2020

Dekanyldj... Denkaldyj... Denkundlyzjan!

Apteka.

Stoję w kolejce, na celowniku mam jakieś multiwitaminomikroelementotabletki do wody. Jestem drugi w kolejce, przede mną stoi UberMatrona. Albo urodziła siedemnastkę dzieci, albo jest w stanie zjeść siedemnaście Big Macków. Stoi i sapie, dyszy i dmucha. Szybki rzut oka i nosa - nawet przez maseczkę jednoznacznie czuć, że ze spraw aptecznych to powinna inwestować głównie w mydło.
No ale bywa, może chora, nie wnikam. Choroba może nie pachnieć łaskawie.
Z drugiej strony stan koszulki UberMatrony wskazuje na... nie, inaczej. Pokazuje co jadła na obiad. I śniadanie. I dzisiejsze i wczorajsze i... nie, boję się dalej patrzeć.
Chyba zobaczyłem cebulkę. Kiełkującą

UberMatrona dyszy w stronę Farmaceutki zgrzytając zębami:
- no pfffffffffffszczeż mówię, pffffffffffff, że ma mi pani pfffffffffff, dać dekundlyzjanu paczkę.
- proszę panią... - tłumaczy cierpliwie Farmaceutka - nie znajduję w systemie dekundlyzjanym...
- nie dekundlyzjanum, pffffffff, tylko pffffffffffff dekanyldj... denkaldyj... pffffffff... teraz mnie pani zdenerwowała i nie pamiętam...

Tu ważny element historii: UberMatrona zerka na karteczkę trzymaną w ręku. Najpewniej receptę.
- a, to się nazywa denkundlyzjan! Dekundlyzjan!

Farmaceutka cierpliwie wklepuje do systemu kolejne opcje zapisu wszystkiego co ma w nazwie de-, kundel- i -zjan. Nic nie znajduje. Może to przez żyłę, która ze wściekłości już jej wyszła na czole i najpewniej zasłania pół ekranu.
Po raz kolejny Farmaceutka zwraca się do Uberki:
- proszę panią, naprawdę nie widzę takiego leku w systemie.
- to albo pani nie umie pisać, pfffffffffff, albo ma się douczyć! Pfffffffffff, mówię jasno, dnenkuldynzjan! Pffffffffff...

Za mną w tym czasie staje kolejna niewiasta. Sokoli wzrok, niecierpliwe spojrzenie, tupta z nogi na nogę, widać, że chyba się spieszy. W tym czasie wściekła farmaceutka obcina UberMatronę wzrokiem, jakby szukała miejsca, gdzie wbić w nią jakiś ostry przedmiot. Dostrzega karteczkę.

- a to co ma pani w ręku to recepta?
- tak, pfffffffffffff, ale co pani do tego, nie mam pffffffffffffffffff obowiązku pokazywać!
- to ja może zerknę - pyta z nadzieją Farmaceutka - będzie nam łatwiej?
- pani zamiast zerkać w nieswoje sprawy pffffffffffff, niech się słuchać nauczy, DEKNURDYNZJAN!!!

Za sobą słyszę niecierpliwe tuptanie tej od sokolego wzroku. W zasadzie to teraz widzę, że to nie sokoli wzrok, tylko solidny wnerw. Wyczuwam nadchodzącą awanturę, szkoda, że nie mam przy sobie popcornu.

- DENKNURDY...DEKUNDRYNZJAN proszę mi dać i nie interesować się moimi receptami albo nauczyć się nazw leków, pfffffffffff!!! - jedzie po Farmaceutce UberMatrona - zatrudniają nieuków w tych aptekach i pfffffffff, człowiek się denerwuje później, do szkoły może wrócić trzeba, hęęęęęęęęęęę?

Do kolejki dołącza jakiś jegomość a aparycji Kena. Model, no jak z obrazka, mokre robią się nawet niewiasty na zdjęciach z reklam środka na śmierdzące stopy. Zasapana też go dostrzega, obcina wzrokiem, poprawia zalotnie cyc i znów startuje z ryjem do Farmaceutki:

- jak pani nie jest douczona, żeby obsłużyć klienta, to ja poproszę kierowniczkę!
Tu zaczyna się wesoło. Farmaceutka rzuca zmęczonym głosem:
- proszę panią, to ja jestem kierownikiem zmiany, widzę dwa wyjścia: albo da mi pani receptę i z chęcią pomogę, albo niestety nie jestem w stanie pani pomóc i nic pani nie sprzedam.

UberMatrona niechętnie podaje wymemłaną receptę, sącząc pod nosem coś o głupich cipach i nieukach w taki sposób, by cała apteka to słyszała. Łącznie z Kenowatym, przecież trzeba się pokazać przed nim, że z nią to nie w kij dmuchał i jest całkiem niezłym kąskiem. Nieco dużym i lepkim, ale jednak kąskiem.

Głośne chrząknięcie i głos tej od sokolego czy tam wściekłego spojrzenia zwraca uwagę całej apteki:
- ja bardzo, ale to BARDZO przepraszam, ale czy moglibyśmy nieco przyspieszyć?

Nie doczekuje niczyjej odpowiedzi, ale za to nagle oślepia mnie blask uśmiechu na twarzy Farmaceutki. Ta zmrużywszy oczy, najwyraźniej odczytała poprawną nazwę specyfiku dla UberMatrony:
- aaaaaaaaa... DEKANDYDOZJAN!
I podnosząc głos tak, by wszyscy DOKŁADNIE słyszeli, rzuca słodkim głosikiem w stronę UberMatrony:
- trzeba było od razu powiedzieć, że to jest coś na GRZYBICĘ POCHWY!

UberMatronę szlag trafia, tę za mną szlag trafia, Ken starając się nie wybuchnąć śmiechem gryzie kartonowego Bibisza reklamującego jakiś dełysieniohemoroidian, UberMatrona wyrywa dekndydozjan, wypada jej karta, dokumenty, wszystko toczy się po ziemi, Sokolo/Niecierpliwooka za mną już gwiżdże ze zniecierpliwienia, Ken chrząka ze śmiechu zalewając się łzami.

UberMatrona pozbierawszy swe rzeczy, stara się zabić wszystkich wzrokiem, więc podchodzę do kasy nie chcąc stać pomiędzy Uber a Niecierpliwą która już zdążyła posinieć. Szybko kupuję swoje graty słysząc za sobą tuptanie z nogi na nogę Niecierpliwej (tym razem jest zielona na twarzy, ma czerwone oczy i bucha jej para z nozdrzy). UberMatrona powoooooooooooooli kieruje się w stronę wyjścia, odprowadzana przez miotające błyskawice spojrzenie Niecierpliwej. Gdyby gdzieś obok stał DeLorean, od razu by go przeniosło jednocześnie w przeszłość i przyszłość.
Wzrok Uber i Niecierpliwej krzyżują się, do tego dołącza spojrzenie Farmaceutki. Odsuwam się i niby szukam czegoś w kieszeni, to będzie zadyma roku, muszę, MUSZĘ to zobaczyć!

Niecierpliwa jako pierwsza spuszcza wzrok, prawie podbiega do okienka i piskliwym głosem szepce:
- Stoperan Forte bardzo proszę...

piątek, 12 czerwca 2020

Czynności ślizgane, czynności węchowe

Wieczorowa pora.
Zmuszony wiekiem i dolegliwościami z nim związanymi, udaję się do nocnej apteki.

Wchodzę. Kolejka na 3 osoby: jeden jegomość właśnie odbiera resztę i wychodzi, przede mną zostaje chyba małżeństwo: ona i on.

Ona: tleniona Dżesika z odrostami, wzrost siedzącego psa, z powierzchni wylewającego się tłuszczu zza paska spodni, błyska wydziarany naście lat temu tribal. Taki ciut przyblakły i ciut rozciągnięty, rozstępy, czas i waga nie były łaskawe dla tej dziary.

On: wzrost niewiele wyższy, również wydziarany (bez mała po sam uszy), twarz niezmącona myśleniem, w dłoni dumnie dzierżone dokumenty od stojącej za oknem, leniwie mruczącej, pustej w środku bety. Trochę to dziwne: ani nie jest ciepło by musieli chłodzić samochód, ani zimno by w nim grzać. Rozsądek podpowiada - może wiekowe toczydło równie niechętnie zaskakuje, co jego właściciele.
Tak czy inaczej: ona, on, beemka - trójka idealna, pasują do siebie jak ulał. Ale to nie jest ważne. Liczy się to, że zostali poproszeni do nocnego okienka.

Podchodzą dostojnie, Dżesika podaje bez słowa receptę, aptekarka znajduje lek, nabija na kasę i już ma zapytać czy coś jeszcze, gdy nagle Jeździec Dżesikowych Zasobów wsadza głowę w okienko i wyraźnie, tak by wszyscy słyszeli, rzuca:

- I poprosza jeszcze żyl yntymny od Durexa, do TEGO, ma pani jaki?!

Aptekarka bez mrugnięcia okiem odpowiada:

- Oczywiście, a jakim pan by chciał?

Potencjalny uczestnik czynności ślizganych nie do końca wie, więc dopytuje:

- A jaki pani ma? Bo wie pani, taki dobry i śliski, he-he! - precyzuje i sekundę później rzuca w stronę wybranki swego serca słowa w taki sposób, bym i ja je słyszał:

- I co, gupio Ci tyraz, nie? He-he he-he!

Aptekarka przynosi do okienka kilka buteleczek żelu, prezentuje każdą z nich, niestety żaden z żeli nie przypada do gustu niedoszłemu wykonawcy ruchów niegodnych filozofa. Nie wiem, może kolor, zapach czy smak nie ten, a może butelki były za duże i mogłyby być powodem kompleksów? Ale i to nie jest ważne, bowiem do kontrataku przechodzi Dżesika i chwilę po tym, jak aptekarka odłożyła żele na swoje miejsce, zapytuje pracownicę apteki w taki sposób, by słyszała ona, ja, oraz ludzie na zewnątrz po drugiej stronie ulicy:

- A ma pani coś na smród z nóg, bo mojemu mężowi tak jedzie, że normalnie nie idzie.

Chłopu momentalnie żyła wyszła na czoło, a ta w tyłku to chyba pękła. Nawet beemka stojąca za oknem zakrztusiła się elpegiem i ze śmiechu zaklekotała zaworami. Dżesika u szczytu możliwości intelektualnych, korzystając ze zrywu elokwencyjnego, ciągnie temat dalej:

- Ino takie coś i przeciw no... potowego, ale też z grzybicom.

Starając się nie parsknąć, słyszę jak facet ze świstem wypuszcza powietrze nosem. Daję pół lewej nerki, że poza dymem, z nozdrzy mu bucha także ogień. Piekielny.
Aptekarka z kamienną twarzą prezentuje cztery różne specyfiki: od żelu, przez puder, aż po dezodoranty. Dżesika chcąc zakończyć temat zadaniem ostatecznego ciosu w męską dumę, bezlitośnie stwierdza:

- Poprosza to w największyj butylce, bo jedzie mu z obu.

Płacą, wychodzą, kątem oka widzę twarz jegomościa: jest równie czerwona, co rdza na sypiących się progach ich beemki.

Zdecydowanie częściej muszę jeździć do nocnej apteki...

czwartek, 4 czerwca 2020

K-Family, czyli muzyczna nosacizna

Z muzyką bywa tak, że przykładowo YouTube potrafi niekiedy podrzucić coś, od czego włos się jeży na głowie. Nie, nie będę tu wracał do twórczości Wyrzyganych z Macicy czy Hryżyr Żryhyr, takie ekstrema zostawmy na inną okazję.
Dziś warto się skupić na czymś, co YT podstępnie rzuciło mi na słuchawki w momencie, gdy zgłębiałem tajemnice jakiejś tabeli poświęconej stażom pracowników.

W pewnym momencie do mych uszu wlał się zionący letnimi łąkami i przepoconymi gumowcami dźwięk jakiegoś redneckowego bandu, który starał się śpiewać o... łonaceniu kosmitów? Przeskoczyłem szybko pomiędzy kartami przeglądarki by sprawdzić, czym został poczęstowany mój bezgust muzyczny i... z otchłani muzycznego zapomnienia wyłoniła się w kierunku mojej facjaty radosna twórczość The Kelly Family.

No urwał nać, ile to ja tego nie słyszałem! Przecież to jakoś lata dziewięćdziesiąte? Okolice 2000 roku? Przecież wszystkie stacje "złote przeboje" powinny raz na jakiś czas zarzucić piosenką nosatej rodzinki, a tu... jakimś sposobem Kellysowiacy zniknęli na dobre 20 lat!

No właśnie, cofnijmy się te dwie dekady, bo warto - w końcu The Kelly Family było ciekawym zjawiskiem. O ile pamięć mnie nie myli, to An Angel straszyło z głośników już pod koniec mojej podstawówki (1996 rok?) i poza trzeszczącymi kasetami, rozłaziło się po znajomych za pomocą kumpeli równie chudej jak i namiętnie wyjącej tę pieśń przy akompaniamencie gitary ważącej więcej, niż wspomniana kumpela. Mam jakieś przebłyski w pamięci, zdaje się jakaś Wisła(???), dworzec PKP i Ania wyjmująca gitarę. Kto wiedział o co chodzi - szybko oddalał się nim z nastoletnich, niewieścich gardzieli dobywało się zawodzące "Samtaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaajmzzzzzzz...."

Jednym słowem - wieś i dwie tony obornika. My - młodzi gniewni, prawie dorośli nie mogliśmy sobie pozwolić na uczestnictwo w tym żenującym spektaklu, w końcu mieliśmy swoją poważną, dojrzałą muzykę. Znaczy się Stachursky, Scooter i te klimaty.

Wydawać by się mogło, że razem z podstawówką skończy się ten koszmar lokatych wyjców, ale nie... Jakimś sposobem muzyczna rodzinka spod znaku mój-tatuś-jest-bratem-mamusi prześlizgnęła się przez barierę podstawówka-średnia i zagościła na szkolnych korytarzach. Tu już sprawa robiła się nieco poważniejsza, gdyż pośród męskiej części ekipy posiadanie kasety The Kelly Family groziło starosłowiańskim wp1erdolem za budą. Najwięksi fani zeszli na wszelki wypadek do podziemia, zaś kasety Kellysów były oficjalnie odkurzane tylko w przypadku, gdy mogły zostać potraktowane jako wabik. Znaczy się jak ktoś chciał zaru... Poderwać jakąś białogłowę.
Ogólnej sytuacji w tamtych czasach nie poprawiały (a wręcz przeciwnie) dwa fakty: świadomość tego co się stało jednemu jegomościowi, gdy zapomniał się i zanucił w męskim kiblu Roses Of Red, oraz - teraz będzie to trudniejsze - fakt, że w tamtym czasie jakoś bliżej mi się zrobiło z kumpelą, która namiętnie słuchała nosatych. Wewnętrzny konflikt sprawiał, że człek prawie zaczynał siwieć w wieku lat 17. Jak można nie słuchać piosenek kojarzących się z Nią, a jednocześnie jak można było słuchać tego plugawego pomiotu muzycznego szatana? Szczęśliwie w tamtym czasie pojawił się net, wraz z nim Napster, więc można było zagłuszyć ciągoty do Kellych odkrywaniem nowych gatunków muzycznych. Temat kudłatej rodzinki rozszedł się po kościach, ze wspomnianą kumpelą jakoś się poukładało na przyjaznej stopie (kuźwa, wpadłem do friendzone`a?), a świat poszedł do przodu w swoim tempie.

Minęło kilka lat (a nawet dwadzieścia). Siedzę w pracy zdziwiony, zasłuchany w tę redneckową ekipę, rzucam okiem na koncertówki sprzed zdaje się 3 lat (o kuźwa, to oni jeszcze żyją?!?!!?) i w mym łbie zaczyna świtać jedna myśl: po dwudziestu latach mogę teraz bezkarnie blutufnąć sobie w samochodzie płytę Kellysów i nie obawiać się prewencyjnego wp1erdolu połączonego z kasacją walkmana, bo teraz nie słucham muzyki niegodnej, zakazanej. Teraz jak prawdziwy, muzyczny koneser zgłębiam twórczość sprzed dwóch dziesięcioleci. Mogę więc podkręcić głośność w samochodzie, uchylić okno, pozwolić by wiatr rozszarpał moje siwiejące, gargamelowate włosie na głowie i mogę bezkarnie wydać z siebie przeciągłe, zawodzące....
Samtaaaaaaaaaaaaaajmzzzz....